Od rodziców dla Sanitas

ą ludzie, których obecność zmienia świat wokół nich. Dla mnie takim człowiekiem był mój ukochany syn Mateusz.
Przyszedł na świat w Boże Narodzenie – był najpiękniejszym prezentem, jaki kiedykolwiek otrzymałam na święta. Od pierwszych chwil był wyjątkowym dzieckiem – mądrym, spokojnym i niezwykle wrażliwym. Już jako mały chłopiec pokazywał, jak wielkie ma serce. W piaskownicy, zamiast myśleć o sobie, opiekował się młodszymi dziećmi i pilnował, aby nikt nikomu nie zabierał zabawek. Nie potrafił przejść obojętnie obok niesprawiedliwości.
Taki pozostał przez całe życie. W szkole podstawowej został przewodniczącym szkoły. Pamiętam sytuację, gdy obniżono mu ocenę z zachowania, ponieważ stanął między bijącymi się chłopcami, chcąc ich rozdzielić. Dla mnie nie była to oznaka złego zachowania, lecz odwagi i troski o drugiego człowieka. Taki właśnie był – zawsze stawał po stronie słabszych, pomagał innym i nigdy nie odwracał wzroku od ludzkiej krzywdy.
Jego wielką pasją był sport. Od najmłodszych lat kochał tenis, a później także siatkówkę. O tym, jak wiele znaczył dla środowiska sportowego, najlepiej świadczy memoriał zorganizowany w maju tego roku przez jego przyjaciół z SKT. To nie tylko turniej, lecz także wyraz pamięci, szacunku i wdzięczności wobec człowieka, który pozostawił po sobie coś znacznie cenniejszego niż sportowe sukcesy – pozostawił dobro.
Fundację Sanitas poznał z powodu choroby, ale o jego działalności i zaangażowaniu najlepiej opowiedzą przyjaciele z Fundacji. Dla mnie najważniejsze jest to, że nawet w najtrudniejszych chwilach potrafił myśleć o innych. Miał wielu przyjaciół, ponieważ dobro, życzliwość i uczciwość przyciągały do niego ludzi. Nigdy nie odmawiał pomocy. Ostatnio Magda z Fundacji powiedziała mi coś, co głęboko zapadło mi w serce: Mateusz nigdy nie odmówił jej wsparcia. To jedno zdanie mówi o nim więcej niż wiele pięknych słów.
Przez dziesięć lat walczył z nowotworem. Była to niezwykle trudna droga, pełna bólu, cierpienia i niepewności. A jednak mam wrażenie, że to właśnie on był z nas wszystkich najdzielniejszy. Paradoksalnie, to nie ja dodawałam mu sił – bardzo często to on pocieszał mnie na szpitalnych korytarzach. To on podnosił mnie na duchu, kiedy czułam się bezsilna. Oddałabym wszystko, aby zabrać mu choć część cierpienia, ale mogłam jedynie być przy nim całym sercem. Dla mnie na zawsze pozostanie bohaterem.
Nigdy się nie poddał. Mimo choroby studiował, pracował, grał w tenisa, organizował zawody, a między kolejnymi chemioterapiami starał się żyć jak najpełniej. Nie pozwalał, aby choroba odebrała mu marzenia, godność i radość życia.
Na swojej drodze spotkał także miłość – swoją Igę. Przeżyli razem wiele pięknych, ale również bardzo trudnych chwil. Była dla niego ogromnym wsparciem, podobnie jak jego najbliżsi przyjaciele, a szczególnie Łukasz. Jestem im za to wdzięczna z całego serca.
Niestety przyszedł dzień, którego tak bardzo się bali – Wielkanoc 2025. Los odebrał nam Mateusza. Wraz z jego odejściem rozsypał się nasz świat, a w naszych sercach pozostała ogromna pustka. Tego bólu nie da się opisać.
Każdego dnia siłę daje mi jednak świadomość, że tak wielu ludzi wspomina go z miłością i szacunkiem. Moja koleżanka powiedziała mi, że podczas jego pogrzebu było tak wiele osób, iż ksiądz musiał dzielić opłatki na mniejsze części, ponieważ zabrakło ich dla wszystkich. Wtedy jeszcze mocniej zrozumiałam, jak wielu ludzi Mateusz poruszył swoim życiem, jak bardzo był kochany i jak wiele dobra po sobie pozostawił.
Mam głębokie przekonanie, że choć żył tylko trzydzieści lat, osiągnął więcej niż niejeden człowiek przez całe, długie życie. Nie liczy się przecież wyłącznie długość życia, lecz przede wszystkim to, ile dobra pozostawimy w sercach innych ludzi.
Mateuszu, kochany Synku, bardzo nam Ciebie brakuje. Każdego dnia. Jesteśmy jednak dumni, że mogliśmy być częścią Twojego życia i zawsze będziemy Twoją rodziną.
Dziękuję wszystkim, którzy o nim pamiętają, dobrze go wspominają i noszą go w swoich sercach. Proszę również o modlitwę za Mateusza.